| Najlepsze prezenty |
|
|
|
Anastasja Łykowa Jakoś trudniej niż dawniej przychodzi znaleźć upominek na szczęśliwe okazje: ślub, urodziny przyjaciół i ich dzieci. Dziesięć, nawet pięć lat temu, jedyny kłopot stanowiły pieniądze. Świetnie było wiadomo, komu z przyjaciół co się marzy i czego brakuje. Rembrandt (album!), rower albo fotel bujany. A dziś - kłopot. Fotel bujany może nie pasować do starannie zaprojektowanego wnętrza na daczy (a może właściciele postawili na japońszczyznę). Rower każdy ma własny, i to supernowoczesny, chyba że, co prawdopodobne, przerzucił się na kite’a. Albumy można kupić w sklepach "Tania Książka", a muzykę i filmy każdy umie ściągnąć z Internetu. Jedna z moich przyjaciółek z tej desperacji zajęła się haftem i uroczyście wręcza koleżankom bukiety, jelenie z łanią i krasnale pod grzybkiem wyszyte w gęstej bawełnie. Krasnala też nie zawsze łatwo dopasować do wnętrza, ale wizja pokłutych palców wzrusza do łez. Znana z przedszkola formuła "Najpiękniejszy prezent to ten wykonany własnymi rękami" okazuje się prawdziwa. Nie wątpię w nią, bo sama szczycę się wszem i wobec wyhaftowanym pękiem irysów. Wiem, ile godzin ślepienia w igłę kosztowało moją przyjaciółkę to cudo. Zarobiłaby przez ten czas na niejeden rower, nawet taki z resorami. Inna rzecz, że nie każdy ma aż taki dryg do igły. Inna prędzej dłoń straci, albo przynajmniej poplami materiał skrwawionymi palcami, a bukietu jak nie było, tak nie ma. Jedna ze zdesperowanych przyjaciółek obdarowała w końcu towarzystwo piżamami z wyszytymi inicjałami. Ściśle mówiąc, wyszywała jej mama - co stara szkoła, to stara szkoła, nie każdy umie nie zmarszczył beznadziejnie materiału. Ale efekt był. Piżama z monogramem dobrze utula do snu. Psycholog głębi powiedziałby, że dźwięk własnego imienia uspokaja człowieka bardziej niż tuzin ćwiczeń oddechowych, nie mówiąc o kieliszku chablis, po który wielu zwykło sięgać przed zaśnięciem. Najwyraźniej podobny wpływ wywierają na naszą jaźń inicjały. A poza tym haftowanie owych dwóch liter to coś, co w nieprawdopodobnym melanżu jest w stanie połączyć klimat powieści Charlotte Bronte i pierwszego wyjazdu na kolonie ("Nie zgubiłeś ręcznika?"). Jeżeli ktoś boi się popełnić błąd ortograficzny przy haftowaniu cudzej piżamy, mam w zanadrzu równie dobry pomysł: zamówienie jej/jemu prenumeraty miesięcznika, o którym wiemy, że zawsze lubi je przeglądać w księgarni, ale żeby tak zaraz wyrzucać pieniądze, to już raczej nie. Tytułów cała paleta, dla każdego coś miłego. Jeśli nie "Literatura na świecie" i "Esquire", dla niego zawsze jest coś o wspinaczce albo samochodach, a dla niej "Burda". Dla obojga "Science et Vie", czy inny "Świat Nauki". A dla całej rodziny oczywiście "National Geographic". Naturalnie prenumeratę trzeba zamawiać na domowy, a nie służbowy adres, chociaż to mniej bezpieczne - nie wiadomo czemu, nie zawsze dojdzie. Ale jak już dojdzie! Te emocje towarzyszące otwieraniu skrzynki z prześwitującą szarą kopertą. Kto nie pamięta rodzinnych, a potem własnych prenumerat, nadziei na nową "Fantastykę" czy kwartalnik geologów, ten nie wie, czym jest czekanie. W Rosji mamy ostatnio nową usługę: dostawę "do rąk własnych", do drzwi mieszkania. Drożej i tylko dla wiecznie obecnych w domu wolnych zawodów, z wiecznymi wahaniami w kwestii wysokości napiwku nie, to już nie to. "Wykonanie własnymi rękami", innymi słowy: wkład własnego czasu i cierpliwości znaczy w przypadku zamawiania przyjaciołom prenumeraty tyle, co staranne spisanie numeru konta wydawcy, a potem odstanie swego w kolejce na poczcie. I to jest dopiero doznanie, które wielu klientów banków internetowych przeniesie w dawno zapomniane szkolne czasy równie skutecznie, co wzorek na piżamie. Moskiewskie poczty nie zmieniły się przez piętnaście lat ani na jotę. Drzwi z przybrudzonego aluminium zdają się być wejściem do wehikułu czasu. Nawet zapach ten sam. Najwyżej kolejki ciut krótsze. Ten sam żółty, skawalony klej i blankiety przekazów, nawet wypisywanie całego blankietu ręcznie, zamiast Ctrl + C. A kto ostatnio uprawiał tak wyczerpujące ćwiczenia z kaligrafii? Kłopot tylko w tym, że prezent w tej postaci, zanim pierwsza gruba koperta stuknie w dno skrzynki, wygląda dość niepozornie: czerwono-żółty świstek kopii wpłaty z rozmazanym granatowym stemplem. Co by tu dodać? Może "depeszę na blankiecie ozdobnym"? W obrocie krajowym telegramy, o dziwo, utrzymały się do dziś, tylko za granicę nie sposób ich wysłać. Trudno powiedzieć, czy wizyta listonosza o siódmej rano ucieszy naszego solenizanta. Za to pracownicę poczty nasz pomysł na pewno rozbawi do łez. „Blankiet ozdobny z zajączkiem czy z różyczkami? - dopytywać się będzie zza przepierzenia, wysuwając z łoskotem kolejne szuflady. Bo wie pan, dziś depesze to głównie z sądu wysyłają, wezwania na rozprawy, znaczy się!". Może więc po namyśle lepiej napisać pocztówkę, z zajączkiem albo bukietem. Psycholodzy bardzo wysoko oceniają podobne prezenty. Mówią, że są takie własnoręcznie wykonane, osobiste.
Powered by !JoomlaComment 3.26
3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved." |
| Czytaj także: |
|---|
|








