Najnowsze artykuły:

Konkurs - Gdzie jest bukiet ślubny?

Konkurs - Gdzie jest bukiet ślubny?

Wygraj książkę Jolanty Kwaśniewskiej "Lekcja stylu dla par". Wystarczy znaleźć na zdjęciu bukiet ślubny.

Wasze ślubne galerie

Środa, 31 Październik 2007 09:12

Ślub na obczyźnie

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Jewgienij Żadkiewicz 22.10.2007 r.

Na naszych oczach świat staje na głowie: zmieniło się bez mała wszystko prócz sylwestra, ślubów i pogrzebów. O ile jednak sylwester i pogrzeby są nieuchronne, ślub jest zasadniczo ceremonią, w której uczestniczy się dobrowolnie. Można ją urządzić w wielu miejscach i zupełnie inaczej niż dotąd. Nawet za granicą. Wszystko będzie jak w kinie - tyle że nabierze konsekwencji prawnych...

Zaślubiny urządzane dla cudzoziemców dzielą się najczęściej na "symboliczne" i "oficjalne", legeartis. Do tej pierwszej grupy zaliczyć trzeba wszelkie rytuały odprawiane na wyspach, kiedy to w użyciu są z reguły kwiatowe girlandy, smukłe pirogi na spienionej fali, kadzidełka i owoce o nieznanych nazwach.

Ze względu na dostępność wyżej wymienionych produktów oraz zachodów słońca śluby "egzotyczne" najczęściej aranżowane są na wybrzeżu Tajlandii, na Bali, w Mali lub w ostateczności na Malediwach szum fal w tle wliczony w cenę pakietu. Śluby te najpopularniejsze są w listopadzie i grudniu, z reguły więc przybywające ze Starego Świata delfiny i rusałki pragnące połączyć się dozgonnym węzłem ostatnie dwa tygodnie przed ceremonią spędzają w solariach, nie chcąc kojarzyć się zebranym z bałwankiem lub białym krukiem. Taka ceremonia urok ma nieodparty, ale z prawomocnością ciut gorzej: podpis pana młodego wymagany jest wyłącznie na rachunku, wybranka nie dostaje do ręki nic prócz kawałka kory, muszli lub skorupy kokosowej z kilkoma tajemniczymi znakami. Z Okęcia, Szeremietiewa czy Gatwick trzeba więc i tak udać się potem do stosownego urzędu stanu cywilnego.

Na uroczystość "oficjalną" decydują się ci, którzy z kodeksem cywilnym są za pan brat. Nie odstraszy ich konieczność zgromadzenia oryginałów i kopii różnych dokumentów, uwierzytelnionych tłumaczeń paszportów, metryk urodzenia, potwierdzonych notarialnie zaświadczeń o rozwodzie lub śmierci poprzedniego małżonka. Należy również odpowiednio wcześnie porozumieć się z konsulatem własnego kraju, zagwarantować sobie na miejscu usługi tłumacza, cicerone i koordynatora, wnieść opłaty sądowe, klimatyczne i rejestracyjne oraz sprawdzić godziny otwarcia miejscowego ratusza.

W malowniczym czeskim, austriackim, greckim czy włoskim miasteczku mamy szanse na to, że nasz związek zatwierdzi sam burmistrz, w większych miastach będzie to urzędnik nieco niższej rangi. Bywa, że jest nim elegancka starsza pani w nienagannym kostiumie z broszką, przepasana szarfą z barwami państwa i urzędu. W Las Vegas trzeba zatroszczyć się o wynajęcie na kwadrans ślubnej kaplicy, cadillaca i sobowtóra Elvisa, który nam pobłogosławi. Na wysepkach Wielkiej Rafy Koralowej możemy liczyć na to, że naczelnik wydziału osobiście pofatyguje się na gorący piasek czy pod malownicze klify. Na Kubie towarzyszka naczelnik w wyblakłej koszuli khaki, z orszakiem pięciu do siedmiu pionierów płci obojga, gotowa jest stawić się w hotelu. We Francji, we Włoszech i Izraelu na ślub liczyć mogą wyznawcy wszystkich religii. Najtrudniej mają prawosławni (i katolicy), którzy prócz wszystkich wyżej wymienionych dokumentów przedłożyć muszą jeszcze zaświadczenia z parafii lub wręcz urzędu biskupiego z budzącymi respekt ciemnoniebieskimi pieczęciami wielkości spodków.

Rękojmią powodzenia i dobrą wróżbą jest jednak nie tyle sama ceremonia ślubna, choćby najwystawniejsza, lecz wszystko to, co będzie miało miejsce chwilę przedtem oraz kilka godzin później. I tu na scenę wkraczają organizatorzy wesel i ślubnych uroczystości. Z reguły są to twardzi mężczyźni i kobiety, co to niejedno widzieli i z niejednego pieca chleb jedli, ludzie z doświadczeniem i z kontaktami. Wysłuchawszy kilku chaotycznych uwag pana młodego, który przypomina sobie, jak świetnie bawił się kiedyś na statku wycieczkowym i jak podawano tam płonące szaszłyki, oraz kilku chlipnięć panny młodej, mantrującej" Żenia, i po co nam to wszystko", z kamienną twarzą zaczynają sporządzać notatki w budzących zaufanie oprawnych w skórę notesach. Środa: śniadanie z widokiem na Rzym. Czwartek: wizyta w konsulacie, przymierzanie niezbędnych drobiazgów, spacer. Piątek: urząd burmistrza Sieny, wstępne podpisanie dokumentów, w tym intercyzy. Sobota: rolls-royce, żadna podróbka, vintage, lata 60, uroczystość, obiad rodzinny, willa - park - zamek, taras z widokiem, toasty, kwartet w tle, kilka wyciskaczy łez i ze dwa dziarskie, pokaz sztucznych ogni, wpadanie do basenu w muszce i pod muchą, lody, korowód na trawniku. Niedziela: romantyczny odpoczynek w hotelowym apartamencie. Poniedziałek: taksówka na lotnisko.

A bywa i całkiem inaczej. "A po ścianie maszeruje szczupak / długa bestia i nogi też niczego / Nic się nie bój, jeszcze po kropelce / zaraz szczupak pójdzie precz do dziury" - przekładając a vista swojej sąsiadce kolejne wersy na rosyjski ryczę wraz z resztą kompanii pure-nonsensową przyśpiewkę biesiadną po szwedzku. Każdy stolik ma za zadanie wymyślić kolejną zwrotkę, refren wykonuje chórem cała sala.

Przy każdym talerzyku leży siwy otoczak z imieniem gościa. Wraz z dziećmi zebrało się nas tutaj blisko sto dwadzieścia osób. Dworek, choć warowny i zaprojektowany również z myślą o podobnych imprezach, trzęsie się w posadach. Mój przyjaciel, szwedzki arystokrata, do szaleństwa zakochany w Rosji i co więcej, w pewnej Rosjance, wrócił do ojczyzny, czym prędzej poszedł za głosem rozsądku i bierze za żonę Szwedkę. Król i rodzina przyjęli go jak syna marnotrawnego: szwedzkie pieśni ludowe wykonuje chór z towarzyszeniem fletu w cerkiewce przystrojonej świeżo ściętymi brzozowymi gałązkami, piknik odbywa się na wyspie pośrodku jeziora, podawane są rdzennie rosyjskie pierożki, ziarenka ryżu w kieszeniach, za kołnierzem oraz mrowie gości z samej Moskwy.Przywieźliśmy na pamiątkę prawdziwy tulski samowar i kilka tuzinów filiżanek z rosyjskiej ręcznie malowanej porcelany, do wytłuczenia w nadchodzącym życiu rodzinnym, a teraz żegnamy druha pod trzynastowiecznym sklepieniem zamku, niczym na peronie we francuskim filmie. Zadymka, wirujący śnieg w stożkach światła, czerwone światła oddalającego się, ostatniego wagonu i mokre oczy.

Dodaj komentarz

Przekierowanie do serwisu nasz-album.pl

Odpisz na forum:

07/05/2012 14:39
07/05/2012 10:38